Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 28 listopada 2017

O tym, jak zmieniłem przynależność gatunkową

     Dokończenie poprzedniej notki.

     Źle spałem tamtej nocy. W myślach układałem sobie, co napiszę na blogu, oczywiście korzystając z komputera jakiegoś zaprzyjaźnionego osobnika. Ponieważ w desperowaniu jedynie kasztelan Mirmił z „Przygód Kajka i Kokosza” zbliżył się do poziomu, pozwalającego na jako takie konkurowanie ze mną (i, oczywiście, poniesienie w tej konkurencji sromotnej klęski), moje myśli stawały się coraz czarniejsze. Czyżby to miało być ostateczne pożegnanie? Już nigdy nie zasiądę za klawiaturą, już nigdy nie stanę się Smoczym Dziecięciem, piratem z Karaibów, ani rycerzem w Caladrii. Już nigdy nie napiszę niczego na blogu. Nawet żeby napisać to pożegnanie, będę musiał błagać jakiegoś obcego człowieka* o dostęp do komputera. A może spróbuję skorzystać z telefonu?

     Ten telefon to osobny rozdział w moim życiu. Kupiłem go, bo było mi wstyd, że nie umiem obsługiwać telefonu z ekranem dotykowym, co moim dzieciom przychodziło bez trudu. Postanowiłem siebie samego postawić pod ścianą – albo się nauczę, albo w ogóle nie będę mógł korzystać z komórki**. Dziś, po czterech latach, nadal nie mogę stwierdzić, że to umiem. Bez przerwy wyskakują mi na ekranie jakieś niechciane okienka i włącza mi się nie ta funkcja, którą próbowałem uruchomić. Czasem nie zdążę przybliżyć jeszcze palca do ekranu, a on już zaskakuje – zwykle nie z tym, co chciałem włączyć. Innym razem mogę walić paluchem aż do zwichnięcia stawu - i nic.

     Zwykle wymieniam telefony co dwa lata, jak kończy mi się umowa. Ale ostatnio zaproponowano mi telewizory zamiast telefonów. Chyba. Telefon nie jest aż tak wielki. Poprosiłem o coś mniejszego.

     - Już mniejszych nie produkują – padła odpowiedź.

     Świat cofnął się w rozwoju. Najpierw wszystko miniaturyzował, teraz znowu powiększa. Gdy telefon uzyska rozmiary ekranu kinowego, w TV pojawią się irytujące reklamy rewelacyjnych wózków do telefonów new age design srutututu musisz-to-mieć-bo-jak-nie-to-w-ryj, a potem pewnie znów nastąpi era miniaturyzacji. Postanowiłem przeczekać erę gigantyzmu i nie zmieniać aparatu, w zamian biorąc większy pakiet internetowy. Nie przewidziałem, że wraz z tym pakietem nastąpią ciągłe aktualizacje zainstalowanych programów i mizerna pamięć telefonu zostanie zjedzona do ostatniej kosteczki. Teraz, cokolwiek chcę na nim zrobić, muszę swoje odczekać, pokląć, pogapić się w obracające się kółeczko, a potem wyjść z siebie, gdy okazuje się, że włączyłem nie to co chciałem.

     Nastał niedzielny ranek. Nie chciało mi się wstawać. Poleżałem sobie trochę, marząc o nowym komputerze i nowej gitarze, nie wiedząc, na co się zdecydować. Oczywiście, miałem świadomość, że oba te przedmioty są poza moim zasięgiem. Nie mogę sobie teraz pozwolić na takie wydatki. Ale marzenia nie kosztują mnie nic, więc dawałem im upust na całego. W marzeniach miałem komputer, który mógł wszystko – włącznie z umieszczeniem ministra obrony narodowej w domu wariatów. A moja nowa gitara była prawdziwym Les Paulem z limitowanej, klonowej edycji. Na odwrocie widniały autografy Slasha, Briana Maya i Marty’ego Friedmana.

     W końcu jednak trzeba było wstać. Po śniadaniu uruchomiłem komputer w nadziei, że przez noc sam się naprawił. Magiczne pudełka czasem tak mają. Może zamieszkujące go krasnoludki poprzestawiały jakieś wajchy i teraz działa! Ale nic z tego. Krasnoludki zawiodły na całej linii. Przejście przez BIOS, jakiś groźnie wyglądający komunikat o jakichś „devices” i kolejny blackout, po czym cała historia zaczynała się od początku.

     Próbowałem wyszukać porady w internecie. Moją komórką! Po kwadransie byłem tym tak zmęczony, że o mało nie rzuciłem nią o ścianę, a i tak dotarłem zaledwie do Google. Koleżanka Małżonka, w obawie o moje zdrowie, zaproponowała mi swoją. Nie powiem, dało się! Ten telefon nie mulił, nie kaprysił, nie włączał żadnych niepotrzebnych funkcji i nawet dało się trafić palcem tam gdzie się celowało. No, ale nosić przy sobie taki telewizor?

     Trafiłem do odpowiedniego działu i stwierdziłem, że myślenie jednak nie ma przyszłości. Na hasło „system się nie uruchamia”, większość porad brzmiała: „uruchomić system i w dolnym okienku wpisać coś tam coś tam”. Czy to nie najlepszy dowód na to, że informatycy nie są z tego świata?

     Ale były i inne porady. Oczywiście, zupełnie niezrozumiałe. „Uruchom coś tam coś tam i sprawdź co ci wyskoczy”. Ale o tym, jak to coś uruchomić, ani słowa. Wpisałem pytanie „jak uruchomić coś tam coś tam”. Odpowiedzi, jakie dostałem zrozumie wyłącznie ktoś, kto na świecie realnym całkowicie postawił już krzyżyk i na stałe przeprowadził się do świata virtu. W virtu śpi na wirtualnym łóżku, w virtu je wirtualne kotlety z wirtualna kapustą i w virtu żłopie wirtualne piwsko z wirtualnej szklanki. Musiałem działać na własną rękę.

     Przy uruchomieniu wcisnąłem DELETE, aby przejść do Biologicznego Środowiska, czyli do tej śmiesznej, niebiesko-czarnej tabelki, której nie da się obsługiwać myszką, tylko trzeba klikać strzałkami. Przeszedłem i co dalej? Groźnie wyglądający komunikat o brakujących „devices” uwrażliwił mój umysł na to słowo. Gdy przypadkiem znalazłem je w BIOS, zacząłem uważnie studiować tabelkę.

     Floppy disc… Skąd tu floppy disc? Przypadkiem wiedziałem, co to takiego. Wyjaśnił mi to kiedyś jeden oswojony informatyk. Na tyle oswojony, że nie trzymają go już w klatce, a ostatnio zdjęli mu nawet kaganiec. Floppy disc to dyskietka! Takie coś, co można rozłupać i przez to czarne w środku obserwować zaćmienie słońca! Ale w tym komputerze, choć grat leciwy, nie było już kieszeni na dyskietki. Więc może to jest przyczyna?

     Zmieniłem stan dyskietki z „enabled” na „disabled”. Założyłem – nie wiem czy słusznie – że te słowa po informatycku znaczą to samo co po angielsku, choć w zasadzie mogły znaczyć absolutnie wszystko, od „włączone” do „żądamy prawdy o Smoleńsku”. Wyszedłem z BIOS i… Kolejne uruchomienie. Śledzę ekran z wypiekami na twarzy. Znów to samo. Ale przynajmniej ten groźnie wyglądający komunikat się nie pojawił. Czyli coś tam naprawiłem! Czyli umiem! Czyli nie jestem ostatnim Mietkiem*** i do czegoś się nadaję! Czyli jakbym tak bardzo się postarał, mógłbym nawet zostać pomocnikiem pomocnika informatyka.

     Wlazłem znów do BIOS, głównie po to, żeby mi się komputer w kółko nie uruchamiał, bo trochę mnie to buczenie denerwowało. W BIOS przywitano mnie już jak stałego bywalca. Jeden z krasnoludków zaproponował mi kartę stałego klienta, ale uznałem, że jej nie potrzebuję. Wziąłem telewizor telefon i zagłębiłem się w lekturę porad na forum. Jedna brzmiała sensownie (czytaj: zrozumiałem, o co chodzi). Trzeba włożyć w kieszeń CD-ROM (to takie wysuwane z przodu, gdzie można postawić kubek z kawą) płytę instalacyjną Windows, a jeszcze przedtem w BIOS zmienić priorytety dysków. CD-ROM musi być na pierwszym miejscu. Dzięki temu, jak zrozumiałem, uruchomi się oryginalny system, sczytany z dysku CD, a nie ten uszkodzony, zainstalowany na komputerze. Zrobiło mi się gorąco. Bo podczas moich podróży po tabelkach BIOS spotkałem się z takim czymś, jak priorytet dysków! Pamiętam! Gdzieś tam było. Tylko znajdź to, człowieku, gdy się nie pamięta, gdzie to.

     Znalazłem. Zmieniłem. Zapisałem.

     Potem przewróciłem chałupę do góry nogami, w poszukiwaniu dysku z systemem.

     Znalazłem. Załadowałem. I nie umiałem wymyślić nic więcej na „Z”.

     Jedyny skutek był taki, że w skrzynce zaczęło buczeć naprawdę głośno. Najpierw mnie to ucieszyło, bo pomyślałem, że krasnoludki w środku chwyciły wreszcie jakieś przecinarki, wiertarki i glebogryzarki, zabierając się za naprawę. Ale skutku nie przyniosło to żadnego. Nadal komputer w kółko się resetował.

     Wróciłem do lektury komórkowej. Kolejna porada brzmiała, aby w BIOS zmienić parametry dysku z „zupełnie-niezrozumiałe” na „jeszcze-bardziej-niezrozumiałe”. Co mi szkodzi? Kto mi zabroni? Co innego mam do roboty w niedzielę? Odnalazłem odpowiednią tabelkę i rzeczywiście widniał w niej parametr „zupełnie-niezrozumiałe”. Kliknąłem i podświetliłem opcję „jeszcze-bardziej-niezrozumiałe”. Zapisałem. Kolejny restart. I nagle – cud! Pojawiło się logo Microsoft, a potem okienko logowania. Drżącymi rękami zalogowałem się na swoje konto.

     Działa! Mój komputer działa! System się uruchomił! Niesamowite! Sam naprawiłem swój komputer! Stałem się informatykiem! Prawdziwym informatykiem!

     - No i czego się drzesz? – syknęła Koleżanka Małżonka. – Całe osiedle musi cię słyszeć?

     - My, informatycy, tak właśnie mamy – zapewniłem ją i poszedłem do przedpokoju.

     Tam wbiłem wzrok w lustro i dokładnie przyjrzałem się swojemu odbiciu. Więc tak wygląda informatyk! Powiedziałbym, że zupełnie zwyczajnie. To się dziad zakamuflował! Kto go odróżni od zwykłego domownika w kapciach i powycieranych dżinsach? Mieli rację autorzy teorii spiskowych – Annunaki są wśród nas.

     A potem uruchomiłem antywira. Mielił przez bite pięć godzin, ale w końcu wymielił. Znalazł zarażony plik. Archiwalny i zupełnie niepotrzebny. Usunąłem go. Komputer uruchamia się, jakby nigdy nic.

     Jestem wielki!

     Na tytuł Geniusza Komputerowego może jeszcze nie zasługuję, ale na Laika też już nie. Stałem się Starszym Laikiem Sztabowym. I tak mnie proszę od dziś tytułować.


_________________________
* Konkretnie, starszego syna.
** No, bez przesady. Zostawiłem sobie stary telefon jako koło ratunkowe.
*** „Jak ostatni Mietek” to powiedzenie mojego młodszego syna – raczej nie jest to pochwała, ale czego tak naprawdę dotyczy, nie wie nikt.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Głos z Otchłani

     Czy trudno jest spotkać osobę z innego świata?

     Moim zdaniem, bardzo łatwo. A to dzięki mnogości bytów nie z tego świata. Są bowiem na świecie (innym) takie eksponaty, jak duchy, smoki, kosmici, informatycy, czy żółw A’Tuin.

     Jak zawsze, w przypadku istot z różnych światów, podstawowym problemem przy wzajemnych kontaktach jest całkowita niemożliwość porozumienia się. Nie należy tutaj sugerować się amerykańskimi filmami o ufoludkach, w których zawsze mówią one po angielsku, z kalifornijskim akcentem. Zresztą, Kalifornijczyków też nie da się zrozumieć. Sprawiają wrażenie, jakby usta w ogóle nie były im potrzebne – w zupełności wystarczą im nosy.

     Czy próbowaliście jednak kiedyś porozmawiać z informatykiem? I to wtedy, gdy otoczony opakowaniami po pizzy i pustymi puszkami po coli, zawzięcie coś wstukuje w klawiaturę? To jest dopiero sztuka!

     Przede wszystkim, w 99% przypadków zostaniecie całkowicie zignorowani. Informatyk bowiem posiada rzadką umiejętność przenoszenia się do innego świata, bez ruszania dupska z krzesła. Istnieje zatem bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że w czasie, gdy wy będziecie próbowali nawiązać z nim kontakt, on będzie znajdował się o tysiące lat świetlnych stąd.

     W 0,9% przypadków zareaguje on agresją i pośle w Waszym kierunku całą masę określeń, z których na szczęście nie zrozumiecie ani słowa.

     Istnieje jednak maleńka szansa, że również spróbuje nawiązać kontakt. Tylko trzeba trafić w interesujący go temat. Na przykład, można spytać go, co robi. A wtedy z radością udzieli nam obszernej, wyczerpującej i całkowicie niezrozumiałej informacji. Bo co dla nas wynika z faktu, że on akurat sprawdza stopień kompatybilności rejestrów suffixów w domenach BIOSa, żeby drive nie crackował rokitów sygnatur w trzeciej partycji RAMu? Zapewne coś pokręciłem, ale i tak nie ma to żadnego znaczenia dla osób, zamieszkujących nasz świat – to zrozumie wyłącznie inny informatyk. A on takich felietonów i tak nie czyta.

     Któż mógł przypuszczać, że ja sam pewnego dnia stanę się jednym z nich?

     No, nie na zawsze. Tylko na jeden dzień. Nawet niecały. Ale i tak jestem dumny z faktu, że dotknąłem koniuszkiem palca innego, dalekiego świata. Poczułem się jak Kolumb, który właśnie dotarł do Ameryki Południowej i choć nie bardzo wie, co zrobić z koszem suszonych liści, podarowanych mu przez krajowców, to jednak jest szczęśliwy samym faktem, że ma okazję odetchnąć powietrzem z Nowego Świata, tak różnym od genueńskiego odoru europejskiego miasta. Może wciągnąć w nozdrza niepokojący koktajl woni egzotycznych roślin, nieznanych mu kwiatów, a to wszystko pomieszane z odżywczym zapachem morza.

     Stało się to w sobotę wieczorem. Przygotowałem sobie zarąbiście dobre vodka martini (wstrząśnięte, nie zmieszane, jak lubi James Bond, bo musiałem wypróbować nowy shaker), obok położyłem słuchawki i przygotowany na solidną porcję muzyki, uruchomiłem komputer. Na You Tube jest prawie wszystko, co mam na płytach i wiele, wiele więcej, zatem taka sesja kończy się zwykle jakimś ciekawym odkryciem muzycznym. Postanowiłem, że najpierw sprawdzę sobie pocztę, bo przez kilka dni nie miałem na to czasu, połażę po zaprzyjaźnionych blogach, może nawet powędruję trochę po Skyrim i porobię trochę notatek do dalszych przygód Wulfhere’a z Cyrodiil, a na deser pozostawię sobie solidną porcję dobrego rocka i bluesa.
Piknęło, ekran się rozjarzył i jak zawsze pojawiły się na nim zwyczajowe cyferki i zupełnie niezrozumiałe komunikaty, dotyczące – jak zakładam – wnętrzności czarnej skrzynki. Potem na chwilkę błysnęło małe, obracające się błękitne kółeczko i zaraz pojawi się logo Mirosoftu…

     A tu ekran zgasł!

     W skrzynce coś zachrobotało, zabuczało i znów usłyszałem piknięcie. Ekran znów się rozjarzył tabelkami i cyferkami – zupełnie jak przed chwilą. Struchlały ze strachu wlepiłem oczy w ekran. Pojawi się logo czy nie?

     Nie pojawiło się. Ekran zgasł i cały proces zaczął się od początku. System się nie uruchamia. Zamiast tego komputer się wyłącza, po czym startuje od nowa – i tak w kółko. Z rozpaczy wypiłem całego drinka duszkiem.

     Gdy po raz kolejny pojawiły się tabelki, katem oka dojrzałem komunikat, że aby przejść do ustawień, trzeba wcisnąć DEL, po czym znowu cała historia rozpoczęła się od początku. Nie wiedziałem, co to jest ten DEL, ale skojarzyło mi się to z klawiszem DELETE, często używanym przeze mnie podczas przeglądania poczty. Postanowiłem spróbować.

     Rzeczywiście, coś się pojawiło, coś organicznego, jak przypuszczałem, bo nazywało się BIOS. Przetłumaczyłem to sobie jako Biologiczne Środowisko. Była to w dalszym ciągu zupełnie niezrozumiała tabelka, ale już inna, w której dało się różne rzeczy pozmieniać. No to pozmieniałem… Nie pytajcie mnie, co uległo zmianie. Jedno niezrozumiałe zamieniło się na drugie niezrozumiałe. Gdyby to wszystko napisać japońskimi karaluszkami, wyszłoby na to samo. Ale zawsze istniała niewielka szansa, że przypadkiem trafię na właściwą kombinację. Szansę miałem jak jeden do kilku tysięcy, ale postanowiłem zaryzykować. Skutek tego był taki, że wiatraczek w skrzynce wprawdzie ruszył, pod pokrywką zapikało i zabuczało -  ale zamiast znajomej tabelki pojawił się jakiś napis po informatycku, który zupełnie nic mi nie mówił i z którym już kompletnie nic nie dało się zrobić, bo na nic nie reagował. Zniknąć też nie chciał. Zawierał tylko jedno zrozumiałe słowo: „configuration”, które naprowadziło mnie na myśl, że chyba moje nowatorskie ustawienia w Biologicznym Środowisku były jednak zbyt radykalne jak na konserwatywny świat mojego komputera. Oczywiście, możliwości powrotu do poprzednich ustawień też nie było.

     I wtedy przypomniało mi się, że już to kiedyś przeżywałem. To już kiedyś się stało! Dawno, dawno temu. Wtedy pomógł Geniusz Komputerowy, ale zawracanie mu gitary w sobotę przed północą uznałem za zły pomysł. Nie wypadało tak, bez żadnego trybu. Pamiętałem jednak, że wtedy pomogło mi wyjęcie takiej małej bateryjki, która znajdowała się w środku, w absolutnie niedostępnym miejscu, tuż pod jednym z wiatraczków.

     Zacząłem rozkręcać skrzynkę. Nie dało się od wewnątrz, to może da się od środka. Zdjąłem pokrywę, zakrztusiłem się od kurzu, dając wszystkim zamieszkującym wnętrze krasnoludkom okazję do pochowania się po kątach, po czym włączyłem lampkę i po długich poszukiwaniach w ogólnej szarości, znalazłem rzeczoną bateryjkę. Jej wyjęcie i włożenie z powrotem zaowocowało powrotem do sytuacji ciągłego resetu, ale przynajmniej skasowałem swoje nowatorskie ustawienia. Pomyślałem przy tym, że przydałoby się przelecieć to wszystko odkurzaczem, ale spotkałem się z ostrym sprzeciwem Koleżanki Małżonki, która nie zgodziła się na hałasowanie w środku nocy.

     Gdy było już po wszystkim, musiałem wyłączyć na chwilę zasilanie, aby zapobiec ciągłemu uruchamianiu się komputera na nowo. Wzbudziło to kolejne protesty, połączone z antynitagerowymi demonstracjami w przedpokoju. Okazało się, że przy okazji wyłączyłem wi-fi – co dla reszty rodziny jest jak odcięcie im dopływu powietrza. Nie są w stanie funkcjonować bez sieci. Dziwię się, że jeszcze nie wyrosła nikomu trzecia ręka, specjalnie do obsługiwania komórki.

     Położyłem się do łóżka w stanie czarnej rozpaczy. Stratę samego komputera jeszcze bym przebolał, zwłaszcza, że grat już dość leciwy. Ale na dysku miałem wiele danych, z którymi żal było mi się rozstawać. Było tam kilka moich powieści z dawnych lat, zwykle nie dokończonych, parę nowszych, ledwo zaczętych, trochę fajnych zdjęć, map i projektów, ale najbardziej żałowałem zapisów ze Skyrim. Bez nich nie mogłem kontynuować gry i zbierać na bieżąco materiałów do historii na drugim blogu. Zacząć od początku? Przecież minie rok, zanim dojdę do tego miejsca, w którym jestem obecnie! Długo nie mogłem zasnąć, a gdy wreszcie mi się to udało, przyśnił mi się wirus komputerowy. Siedział w skrzynce, wystawiwszy na zewnątrz tylko swoje zielone czułki i kaprawe oczka. Złośliwie przy tym rechotał z moich daremnych prób naprawy czegoś, czego żaden uczciwy człowiek nie jest w stanie zrozumieć.

C.D.N.